Straszna historia

straszna historia jpg zmjpg

 

 

Do stworzenia “Strasznej historii” wystarczył mały impuls – przyszedł pan stroiciel, wyczyścił i wyregulował nam pianino. Powinniśmy więc grzecznie zasiąść i ćwiczyć gamy i pasaże. Może Bacha, może Dawne tańce i melodie…a tymczasem coś nami najwyraźniej targało i … sami posłuchajcie co się stało 😉

Autorami dzieła są Dżunks i mama Dżunksa. Przy pianinie Dżunks solo. Występuje również czkawka. 

 

 

 

książkopisanie

„Dzień zapowiadał się wcale niewesoło. Przede wszystkim było pranie! Z korytarzyka przy kuchni buchała na podwórze para i zapach mydlin. Już to jedno może przyprawić każdego psa o mdłości. Ale nie dosyć na tym. Najgorsze było to, że kiedy Katarzyna stała przy balii, broń Boże było pokazać się jej na oczy. O byle drobiazg zaraz gwałt, awantura, wymysły. Ba, i mokrą bielizną można było jak nic oberwać po grzbiecie”

Ach… Wspomnień czar…. 🙂 Powyższy tekst pochodzi z książki „Puc, Bursztyn i goście”, która była jedną z moich ulubionych powieści w dzieciństwie… Czy są tu jakieś dinozaury, wychowane na tej lekturze? Napisana ładnym, ale już niedzisiejszym językiem.  Mając 7, czy 8 lat byłam zafascynowana przygodami wiejskich psów i kotów i  napisałam wtedy pierwszą i ostatnią ( chociaż – nigdy nie mów nigdy ;-)) w moim życiu powieść, która nie przetrwała niestety kilku przeprowadzek. Dla ludzkości ta strata jest jednak niewielka, ponieważ moje wysiłki pisarskie były klasycznym plagiatem wspomnianego tytułu. Zresztą – nigdy nie przepadałam za pisaniem. Może dlatego, że mój tata się tym parał i za wyjątkowo nudne zajęcie uważałam spędzanie czasu w pozycji siedzącej i wystukiwanie rytmów na maszynie do pisania. Gdy byłam licealistką, szkoła udowodniła mi, że pisanie nie jest warte zachodu – mój tata ( wg mnie znający się na rzeczy i kreatywny), poproszony przeze mnie o pomoc w napisaniu dwóch wypracowań ( już teraz mogę się do tego przyznać ;-)): „Opowieści o rycerzu średniowiecznym”, oraz rozprawki z historii p.t. „Bić się, czy nie bić?” , otrzymał za swoje prace dwie piękne tróje, z plusami, na pocieszenie 😉 Dało mi to do myślenia i za niewymuszoną niczym pisaninę wzięłam się dopiero tworząc tego właśnie bloga:-) Sama nie wiem dlaczego. Chyba jednak geny…
Mimo mojej niechęci do brzdąkania na klawiaturze (ale tylko komputerowej) – bardzo ucieszyłam się, gdy zaobserwowałam u moich dzieci zainteresowanie słowem pisanym.   A ponieważ historia kołem się toczy – impulsem do tworzenia pierwszych książeczek były dla Dżunksa i Gagaty również opowieści o psach i kotach. Czytaliśmy już książki o „Bezie, która szuka domu”, o „Kocim taksówkarzu”, o kocim rozrabiaku – Cukierku, o „Kociakach Słodziakach” , psie „Szafirku” i wielu innych biednych, czasem bezdomnych, ale również zwariowanych i wesołych stworzeniach. Stąd prawdopodobnie czerpali inspirację do napisania swoich animalsowych, ilustrowanych dziełek. Oto one:

Dżunksowa opowieść o pieskach

ksiazki 3 zksiazki 11 zA to dzieło Gagaty:

ksiazki 15 zksiazki 14 zksiazki 10 zksiazki 9 zksiazki 8 zksiazki 7 z( Niestety Gagat nie napisała jeszcze dalszej części powieści i obawiam się, że dzieło pozostanie już niedokończone i nie poznamy nigdy jak wyglądał ich samochód…)

 

To już inna ilustrowana opowieść – tym razem Dżunksowa. Odręcznie pisana. Rzecz działa się w psim miasteczku.

kisiazki 13 zksiazki 2 zksiazki 12 zksiazka 1 z

 

A to podobne dzieło Gagaty. Niestety nie chciała spisywać treści, postawiła na przekaz ustny. Z tego, co pamiętam, to na obrazku jest szkoła, 1 smutny piesek pocieszany przez drugiego, samolot, karuzela z bąbelkami, zjeżdżalnie, tory przeszkód, basen i inne atrakcje:

ksiazki 6 zksiazki 5 z  W tym miejscu muszę podziękować Świętemu Mikołajowi za urocze mini naklejki z pieskami, które przywiózł dla moich dzieciaków aż z Anglii. Okazały się bardzo inspirujące!

Dżunks i Gagat zaskoczyli mnie również swoimi próbami kompozytorskimi. Tej pasji im również nie przekazałam, ponieważ jej nie posiadam :-). Syn chlusnął ostatnio taką ilością nut na pięciolinię, że zaczęłam się zastanawiać, czy on się z jakiegoś powodu nie umartwiał, czy nie przeskrobał czegoś, za co teraz dzielnie pokutuje ( bo dla mnie to byłaby kara, takie pisanie), ale nie – dla niego była to czysta radość tworzenia. Skomponował dzieło – a ja z przyjemnością je wykonałam. Przynajmniej próbowałam, ponieważ zapis muzyczny był dość awangardowy. Gagata nie chciała być gorsza i proszę – jej dzieło również z dumą mogę prezentować Światu:

nuty 2 z nuty 1 z a to kompozycja Gagaty:

nuty 3 z

Wszystkie prawa zastrzeżone!!! 🙂

 

24 dni grudnia

 

Od trzech lat podtrzymujemy małą rodzinną tradycję – znaną wszem i wobec, bo to nic nowego i odkrywczego – czekamy na Święta Bożego Narodzenia, dzień po dniu odkrywając razem z dziećmi 24 niespodzianki z kalendarza adwentowego. Pierwszy kupiłam gotowy – była to drewniana szafeczka z otwieranymi drzwiczkami. Kolejny – zrobiłam sama, wyszywając po nocach filcowe kieszonki, przyklejając do nich błyskotki, wycinając cyferki. I chociaż czasu zabrało mi to dużo – byłam dzięki tym robótkom wprowadzona w tak błogi stan slow, czy inaczej mówiąc chillout, że serdecznie polecam wszystkim zestresowanym i zapracowanym: Machnijcie sobie kalendarz adwentowy!To naprawdę działa niczym melisa ;-). Tylko szybko! Bo już czasu mało zostało!  … Czyli zacząć należałoby od melisy …
Trzeci kalendarz dekorowały już dzieci. Kupiłam uroczy tekturowy domek z 24 szufladkami, na stół rzuciłam kleje, nożyczki i skarby sezamu – czyli wzorzyste papiery, wstążki, guziki, obrazki świąteczne, cekiny itp. i patrzyłam na radość kreatywnego działania. Nie mieli możliwości się wtedy nie cieszyć, ponieważ była to jedna z niewielu atrakcji, jakie mogłam im zaoferować w tamtym czasie: Oboje siedzieli przez prawie miesiąc w domu, wysmarowani gencjaną po uszy – „ zaliczając” ospę. Aż dziwne, że nie pojawiły się w ich dekoracjach motywy kropkowe – czyli przewodnie desenie w otaczającej nas wówczas rzeczywistości.
Własnoręcznie wykonany kalendarz – to już coś, ale trzeba zorganizować jeszcze wkład do  niego… Komercji przedświątecznej mówimy stanowczo nie, ale… znaleźć 48 bździągiewek lub czekoladek ( mam dwoje dzieci, kurczę pieczone) nie zaszkodzi, prawda? 😉 Muszę przyznać, że poszukiwania tanich i fajnych, czasem używanych drobiazgów, to nie lada wyzwanie, ale dla mnie ogromna radocha. Co ja na to poradzę, że tak bardzo lubię robić prezenty i tak bardzo lubię patrzeć na otwieranie szufladek z niespodzianką aż 24 razy? 😉 I to ich przebieranie nóżkami i pośpieszne niecierpliwe liczenie: „Który dzisiaj dzień”? I okrzyki radości na widok np. dzwoneczka, błyszczącego koralika czy czekoladki -monety…

Powodowana bankructwem rodzinnego gospodarstwa ( do którego się najpewniej przyczyniłam dzięki kalendarzom adwentowym), postanowiłam, że w tym roku będzie oszczędniej i dzieci przygotują niespodzianki dla nas, a będą to ich własne mini rysunki, w ilości – 48 sztuk( w końcu dwoje rodziców mają, kurczę pieczone). Czy dadzą radę? :-)Opowiem później.

 

 

pm kal 3 zpm kal 4 zpm kal 2 zpm kal 1 z

 

pm domek 2 zpm domek 4 zpm domek 1 zpm domek 5 zpm domek 1 z

STO LAT, STO LAT!!!

Już mieliśmy przechodzić na dietę – taką “od jutra” dietę zdrowotnościową, ze zbilansowanymi posiłkami, lekkostrawną, witaminową – a tu znów nadarzyła się okazja, żeby pochłonąć kilka łyżek cukru… Jak pech to pech! Okazja jednak niecodzienna, radosna, nie można było odmówić sobie spożycia – nasz pierworodny posunął się nieco w latach i …7 lat minęło jak jeden dzień. Była więc impreza i był też tort. Nie wspominając o cukierkach, ciasteczkach i innych pobocznych smakowitościach. Nasz naczelny domowy piekarz odpalił piekarnik i upiekł biszkopty oraz  przygotował krem, a Dżunks i Gagat zajęli się dekoracją tortu. Lepili figurki z masy marcepanowej, częściowo barwionej barwnikami spożywczymi. Motywem przewodnim ich dziełek były oczy, choć… oczy to mało powiedziane- to był wręcz wytrzeszcz. Pojawiły się przeróżne kreatury, które zapisałabym w pierwszej kolejności do okulisty. Sami zobaczcie – podejrzanie to wygląda…

Żeby ulżyć swojej wątrobie – dzielę się słodkościami raz jeszcze 😉

PicMonkey Collage ciasto zzzpm tort 2 zzzpm tort 4 zzzpm tort 7 zzzpm tort 6 zzzpm tort 10 zzzpm tort 9 zzz

 

100% cukru w cukrze

 

Czego do szczęścia potrzebuje mieszkaniec naszej szerokości geograficznej w listopadzie? Pewnie się zgodzicie, że światła, ciepła i kolorów? Ja bym jeszcze dodała ( w tajemnicy – bo tak publicznie, to wstyd przyznać), że cukru i czekolady. To ostatnie, to w zasadzie warzywo, więc dla zdrowia dobre i grzechem byłoby się nie skusić! Dla podładowania akumulatorów, podniesienia odporności i przygotowania na długie zimowe wieczory – postanowiliśmy zafundować sobie wymienione przyjemności w nadmiarze. Stworzyliśmy  ladę cukierniczą, nad którą Dżunksy i Gagaty pracowały ze 3 dni ( Majka i Grześ też pomogli) , malując szafkę na energetyzujące kolory, zagniatając ciasto(linę) i kreując różne gatunki słodkości: Pralinki, kruche ciasteczka, landrynki, draże, tartaletki, konfitury z płatków róż, marcepanowe figurki, makaroniki, ptysie, muffinki, żelkowe robale, batoniki, naleśniki z lukrem, lizaki z posypką i wiele innych. Oto nasz aromatyczny i barwny bufet w stylu roko-koko, lub jak kto woli, kuku-ryku:

pm szafka w calosci zzz pm szafka 12 zzz pm szafka 11 zzz pm szafka 9 zzz pm szafka 2 zzz pm szafka 5 zzz pm szafka 6 zzz pm szafka 8 zzz

Do przygotowania naszego słodkiego dzieła użyliśmy:

-drewnianej szafki z półkami ( za 18 zł)
-farb, które mieliśmy „pod ręką”
-kilku kubeczków różnokolorowej ciastoliny
-jednego opakowania kolorowej modeliny
-papierowych foremek do muffinek
-małych słoiczków z kolorowymi zakrętkami/przykrywkami
-piętrowej patery zrobionej z tektury, wzorzystego papieru i rolki po ręczniku kuchennym
-koralików, perełek, cekinów, kleju brokatowego, łańcucha choinkowego 😉
-serwetek „z dziada pradziada”, które pożyczyła nam babcia
-płatków róż
-cukru białego rafinowanego i mniej wyrafinowanego, cukru brązowgo,
cukru waniliowego, cynamonowego, brzozowego, palmowego, trzcinowego, stewii, syropu klonowego, daktylowego, z agawy i …STOP!!! Trochę się rozpędziłam 😉
W każdym razie mogę dodać tylko tyle, że aromaty identyczne z naturalnymi i kropka.

pm malowanie szafki zzz

 

A na deser… ( jeszczę Was zasłodzę ;-))
Gra w okręty. Jeśli trafiony-zatopiony – to czekoladowe jedno, dwu, trzy lub czteromasztowce wpadają do buzi 🙂  Polecam.

pm okrety zzz

Dzieciarnia była zachwycona. Szczęście tak bardzo ich rozsadzało, że postanowili je w spokoju przetrawić i nakleili na drzwiach swojego pokoju taką oto informację:

pm znak zakazu zzz

Następny „odcinek” bloga będzie więc musiał dotyczyć tematów wcześniejszych, sprzed okresu uniezależnienia się dzieci od rodziców, ponieważ chwilowo straciłam kontakt z potomstwem 😉
Życzę wszystkim przesłodkiej jesieni i wrzucam na koniec zdjęcie- wspomnienie lata:

pm ciacha wakacyjne zzz

Parada Kotów

Zaczęło się niepozornie. Gagat narysowała kota, ja dzieło skserowałam i poprosiłam, żeby go pokolorowała. Okazało się, że kredkami, którymi ją poczęstowałam ( a zawsze to, co należy do dorosłych to lepsze i ciekawsze) można kolorować w niekonwencjonalny dla dziecka sposób – trochę tak, jak farbami akwarelowymi. Rozmazałam wszystkie kolory na papierze tworząc paletę i dałam Gagacie pędzelek i miskę z wodą. Takie zamienianie kredki w farbę okazało się dla niej czymś ekscytującym i zamiast pięciu minut działań artystycznych, skończyło się na dwóch uroczych wieczorach przy kotach. Później dołączył do nas Dżunks, któremu ten pomysł również przypadł do gustu i uruchomiliśmy hurtownię kocich obrazów. Dobrze, że sobie zachowałam oryginał. Mogłam go powielać ile dusza zapragnie. A zapotrzebowanie było tak duże, że drukarka już prawie dogorywała. Nasza kocia galeria przypomniała mi w pewnej chwili o ciekawej artystycznej akcji, która miała miejsce kilka lat temu w Warszawie, mianowicie o Paradzie Krów ( Cow Parade). Ta plenerowa wystawa rzeźb organizowana była w wielu miastach na Świecie. Zaczęło się od Zurichu,  w którym na ulicach postawiono kilkadziesiąt modeli krów naturalnej wielkości, pomalowanych i zmodyfikowanych przez miejscowych artystów ale również i dzieci. Ta akcja miała też znaczenie charytatywne, ponieważ większość krów zlicytowano,  dofinansowując miejscowe organizacje pomocowe. Mimo tego, że warszawska Parada Krów odbyła się aż 9 lat temu – było to wtedy na tyle ciekawe i wesołe uliczne wydarzenie, że z sentymentem sięgnęłam do internetu po parę zdjęć. A nasza Kocia Parada? Pewnie na wiosnę również doczeka się swojej wystawy 🙂

koty 11-15 z koty 6-10 z koty 1-5 z Koty 16-20 z

 

krowki fajne 2 z krowki fajne z

Krówki stały sobie na stronie: http://theinspirationroom.com/daily/2011/mu-mu-milk-parade/