Miesiąc: Czerwiec 2014

Wernisaż

 

Lubimy być chwaleni. Po to między innymi wymyślono lajki na Facebooku – żebyśmy mogli otrzymywać ciągłe pochwały za naszą działalność zawodową ( bo szef pewnie nie jest skory do tego), ale również brawa za to, że… zaparzyliśmy sobie przepyszną kawę, że zrobiliśmy ładne zdjęcie, że przebiegliśmy 10 kilometrów bez zatrzymywania się, że wydziergaliśmy sobie skarpetę na drutach i skleciliśmy samodzielnie szafkę lub stół. Jak dzieci… A dzieci? Też to lubią! Nawet bardzo! W jaki sposób je chwalić, żeby nie rozpuścić, ale żeby jednocześnie czuły się docenione, zauważone i ważne? Maluchom ( tak jak skrycie nam) nigdy dosyć miłych słów. Psychologowie epopeje piszą na ten temat, a my nigdy tak do końca nie wiemy czy nasze działania odniosą pozytywny skutek. Podejmować próbę można, więc dzielnie ją podjęłam ( brawa!) 😉 i zorganizowałam wystawę dziecięcych prac dla moich Dżunksów i Gagatów oraz ich kuzynów. Ciocia Kasia i wujek Marek udostępnili swój piękny ogród ( brawa!), w którym odbyła się poważna rangą uroczystość z przemową i przecięciem wstęgi, z szampańskim toastem ( bezalkoholowym) oraz kateringiem własnej roboty i wspólnym kontemplowaniem sztuki. Dzieci przygotowały przekąski w postaci koreczków, amarantusowo-krówkowych kulek w czekoladzie oraz kanapek z serem ( przy okazji proszę o wielkie uznanie dla mojego poświęcenia – albowiem wycięłam w kilkunastu plastrach sera przeróżne kształty i figury). Ciocie i wujkowie, babcia i dziadek stanęli na wysokości zadania i docenili kunszt i pracę małych artystów. Z zaciekawieniem oglądali prace wyklejane, kolorowane, plastelinowe, kredkowe, malowane farbami, lepione, wycinane i inne – przedszkolne i domowe. Widziałam dumę w oczach dzieci i pamiętam jak mówiły ( nauczone nowego słowa): Kiedy będzie następny WERNISAŻ? 🙂 Tym sposobem otrzymałam pochwałę za mój pomysł, a teraz …poproszę o duuuuuuuuuużo lajków 😉

kolaz 3 zkolaz 1 zwstega zkolaz 2 zkolaz 4 zkolaz 5 z

 

Tekściarze

 

Oddaję głos dzieciom. Otwieram mój notesik i przedstawiam „Złote Myśli”  Dżunksa i Gagata z różnych etapów „twórczości” . Nic dodać, nic ująć. 🙂

pik notes 2 zzz

Dżunks: Możemy pojechać do cioci Oli?
Tata: Nie, bo jest chora
-dlaczego?
-przeziębiła się
-dlaczego?
– …nie założyła ciepłych rajstop, zmarzła i się przeziębiła
– a może kupimy cioci rajstopy?

Dżunks: Ten kot nas nie lubi
Ja: Nie, on tylko się boi, bo wiele dzieci ciągnie koty za ogony i potem się te koty boją
-Sid ciągnął kota za ogon ( czarny charakter z Toy Story), ale my jesteśmy Polakami i nie ciągniemy kotów za ogony!

Dżunks jako starszy brat stanął na wysokości zadania i poinformował Gagatkę o rzeczy podstawowej:
– Jestem twoim bratem, wiesz?
– A ja twoją braciszką! ( Z dumą odpowiedziała Gagata)

Gagat gadając do siebie objawiła Światu swoją hierarchię ważności:
-Zjemy czekoladkę. Mama zje, tata zje, Dżunksik zje, ciocia Ola zje i piesek.

Dżunks: Czy my jestesmy zrobieni z kości, skóry i wody?
Ja: Tak, ale jeszcze… ( i tu postarałam się wymienić resztę)
-Dżunks po chwili zastanowienia:
– Ale i tak najważniejsze są nogi! Bo gdyby nikt nie miał nóg, to nikt nie mógłby do pracy chodzić!

Gagat wsadzając sobie łyżkę do buzi:
– Mamo, ja sobie podważę ząbki!

Dżunks wyraził swoją dezaprobatę dla naszych wnętrzarskich działań. Jego szafka z ubraniami została przesunięta mniej więcej metr dalej:
– Szkoda, że ta szafka stoi dalej. Będę musiał do niej dłużej iść…

Gagat wychodząc ze swojego pokoju:
– wyniosę się stamtąd, bo tam jest polowanie

Dżunks:
– Mamo, a czy jak wrócimy z basenu, to mi narysujesz takiego dużego Pana Boga na komputerze?

Gagat, jutro idziesz do przedszkola
– ale ja nie chcę
-przeciesz ty bardzo lubisz bawić się z dziećmi
-ale ja już nie jestem zainteresowana zabawą

Babcia do Gagaty: Gdzie jest żółta skuwka?
– nie wiem, ale ja się położę i zastanowię się dlaczego jej nie ma

Gagat, czym bawiłaś się u Krzysia na urodzinach?
– piłkami. Byłam szalona i bardzo polubiłam to życie! ( odpowiedziała wzdychając do swoich wspomnień)

Opowiadałam Dżunksowi o tym, że komórka mamy łączy sie z komórką taty i w tych komórkach jest dużo informacji przekazywanych od rodziców dla dzieci. Wytężałam się, żeby w prosty sposób przekazać mu to co wiem o genetyce, a on na to:
-a jakiego koloru są te komórki?

Dżunks grał w grę z Ciekawskim Georgem na komputerze. Gagat też chciała, ale nie szło jej posługiwanie się myszką. W końcu zdenerwowana i zniechęcona mówi:
– nic nie widzę bez okularów. Muszę pójść po okulary!

Gagat z Dżunksem ucięli sobie edukacyjną pogawędkę podczas rysowania:
Gagat: Nie wolno wychodzić za linię!
Dżunks: Wolno!
Gagat: U mnie w psedskolu nie wolno!
Dżunks: A u mnie wolno!

Ja: Gagat, co oznacza ten znak drogowy?
ZNAK DROGOWY

 

– zakaz jedzenia lizaków na drodze

Któregoś dnia na spacerze powiedziałam dzieciom, że śluz ślimaków bez skorupek jest toksyczny. Dżunks po jakimś czasie to sobie przypomniał i wyrecytował:
– ślimaki bez skorupek powodują ból organizmu!

Gagat: Mamo, jesteś gapa na schwał!

Gagatka wzięła dynię piżmową, zapakowała ją do swojego łóżka, przykryła kołdrą, założyła okulary przeciwsłoneczne i rzekła do Dżunksa tonem nie znoszącym sprzeciwu: Zaopiekujesz się dzieckiem? Bo ja idę do pracy!

Dżunks był niepocieszony, ponieważ Krzyś nie chciał się z nim bawić Lego Chima. Próbowałam mu wytłumaczyć, że dzieci tak jak i dorośli mają różne zainteresowania, hobby i że Krzyś lubi inne zabawki. A syn mi na to:
– ja mam wiele zainteresowań i dlatego będę kiedyś sławny. Nawet jak ty będziesz jeszcze żyła.

Przyjechaliśmy na działkę.Na „zieloną trawkę”. Zaspany Dżunks wysiada z samochodu. Przeciera oczy i mówi: Czy tę ziemię stworzył Pan Jezus?

Dżunks: Mamo, pokazać ci, że moge zrobić tak z oczami, żeby było widać samo białe?

Ja: Dżunksik, jak ci się udało tak szybko tej piosenki nauczyć?
– dzieci mają takie zdolności.

Gagat: Mamo, jaką mam zrobić minę, żebym wyglądała jak księżniczka?

Dżunks: Mamo, mogę nożyczki?
– po co?
– bo ta szufladka od płyt nie chce się wysunąć więc muszę ją podważyć.

Gagt zobaczyła tatę z gustowną hiszpańską bródką i wąsem i wyraziła swoje zdanie: Wyglądasz jak torebka.

Gagat snuła swoje przemyślenia: Czy powietrze nas dotyka?…Jak powietrze nas dotyka, to możemy się poruszać, a jak nas nie dotyka, to nie możemy się podrapać.

Gagat: Czy mandarynki rosną w Polsce?
– nie
– a jabłka?
– tak
– a pomarańcze?
– nie
– a babany? Banany rosną tam gdzie są małpki, prawda?
– tak
– czyli w Zoo

Dżunks wymyślił kiedyś nowatorską metodę leczenia zapalenia krtani. Gdy pewnego dnia ledwo z siebie wydobywałam głos, zaproponował mi, żebym kupiła muffinki i nachyliła się nad nimi z otwartą buzią. Wtedy wszystkie wirusy rzuciłyby się na ciasteczka wypadając z mojej jamy ustnej i zostałabym z czystym, zdrowym, wolnym od bakcyli gardłem.

Dżunks: jesteśmy dzisiaj tacy grzeczni ( wpadając w samozachwyt)
Gagat: Tacy grzeczni, że aż się Pan Bóg śmieje!

No to cóż że ze Szwecji?

 

Gdy nadchodzą upały w mieście, gęstnieją spaliny samochodowe a rozgrzany beton … daje popalić – nachodzą człowieka natrętne myśli o morskiej bryzie, wilgotnym piaseczku, o rozłożeniu ciałka na plażowym kocyku i chłonięciu bezkresu. Chwyta się wtedy za telefon i rezerwuje pobyt nad Bałtykiem ( bądź innym akwenem). Tak było u nas 2 lata temu, rok temu i będzie również w 2014. W planach jest zazwyczaj wylegiwanie się do południa, potem przejażdżka rowerem na plażę ( 7 kilometrów przez piękny las), potem rybka smażona i temu podobne atrakcje, wieczory przy dźwiękach świerszczy…marzenia snują się … A kończy się zawsze tak samo: Do południa nie poleżymy – bo dzieci już coś kombinują, na plażę tak szybko nie docieramy, bo trzeba te rowery sklecić i piętrowo popakować, żeby udźwignęły Gagata, namiot, karimaty, kocyki, łopatki, wiaderka, wodę do picia na drogę, ręczniki, kostimy kąpielowe, ciuchy na zmianę, kurtki przeciwdeszczowe ( bo pogoda zmienna) i uwierzcie – jeszcze kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Zanim nasze stopy dotkną plażowego piachu – już czas na obiad. Dżunks już zmęczony, Gagat senna, trzeba się czasem wrócić po zgubione w lesie klamoty… Godzina 17 – wreszcie docieramy i ..jest pięknie! Nie wiedzieć czemu po trzech dniach napawania się urokami wybrzeża – zaczyna nas nosić. Niech tam będzie, że nosi głównie mnie. Ale rodzina nie protestuje, więc po trzech dniach plażowania mamy dosyć, wsiadamy do samochodu i prujemy zwiedzać wszystko co w promieniu 60 kilometrów od bazy. W zeszłym roku były to okolice Łeby. Trafiliśmy nawet na ciekawostkę w postaci labiryntu z kukurydzy, w którym naprawdę można się zgubić. Jak już odhaczyliśmy tereny na wschód, zachód i południe – została nam północ. Tak się rozpędziliśmy, że wsiedliśmy …na prom do Szwecji! Trafiła nam się jednodniowa wycieczka last minute do Karlskrony i dwie noce na pokładzie statku. Ten wyjazd pamiętamy do dziś i wspominamy z ogromnym sentymentem. Wyprawa, która dostarczyła emocji nie tylko dzieciom, ale również nam. Myśleliśmy, że na młodych największe wrażenie zrobi port w Gdyni, ogromne maszyny i kontenery tam stacjonujące, wzburzone gigantycznymi silnikami fale morskie, głośny dźwięk syren, potęga tego wszystkiego dookoła. A tymczasem pisk szczęścia wywołały: baloniki z Ciekawskim Georgem, piętrowe łóżka w kajucie, dyskoteka dla dzieci oraz możliwość nalewania sobie soczku jabłkowego z samoobsługowej maszyny z kranikiem. Tak, czy inaczej podekscytowani płynęliśmy do Karlskrony, gdzie czekać na nas miały dalsze atrakcje. Powitał nas za to ulewny deszcz, a ponieważ pora była zbyt wczesna na przechowanie się choćby w galerii handlowej – nie mieliśmy wyboru i czekaliśmy na przystanku autobusowym na otwarcie pierwszego Mc Donalda – jedynego miejsca w całym mieście, w którym mogliśmy w spokoju przeczekać deszcz. Szwecja na szczęście okazała się być gościnnym państwem i chmury odegnała już godzinę po naszym skandynawskim, frytkowo-hamburgerowym śniadanku. W Mc Donaldzie zasięgnęliśmy języka co do turystycznych atrakcji miasta i pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Muzeum Morskiego mieszczącego się tuż przy wybrzeżu. Już z daleka widać było przycumowane przy sporym budynku Marinmuseum stateczki wojskowe sprzed lat, na których pokład można wejść po schodkach lub drabinie, pooglądać kajuty, przyjrzeć się kokpitom kapitańskim, dowiedzieć się jak marynarze spali, gdzie jedli, czym się zajmowali. W podziemiach Muzeum przez wąski korytarz przechodzi się do zatopionego wraku statku, a przez jego okna widać eksponaty archeologiczne i ryby. Z ciekawostek, przy których zatrzymywały się dzieciaki, pamiętam werbel wojskowego muzyka, na którym co chwila jakiś maluch wygrywał swoje rytmy, sporą kolekcję marynarskich kamaszy, które to buciory każdy mógł sobie przymierzyć , piękne, szczegółowe makiety statków i przeróżne interaktywne gry i zabawy dla dzieci dotyczące np. nawigacji . Dżunksa zachwycił muzealny gadżet w postaci elektronicznego przewodnika ze słuchawkami, dzięki któremu mógł zapoznać się z informacjami dotyczącymi eksponatów, przyciskając czujnik do czytnika w ścianie. Chodził więc z tymi słuchawkami po całym muzeum, niewiele rozumiejąc z nagrania, ale maszyna robiąca „ping” dostarczyła mu tak dużo radości, że nie śmiałam mu jej odbierać. Trafiliśmy też do sali, w której często odbywają się warsztaty dla dzieci ( bo jak przystało na nowoczesne muzeum – nie jest to miejsce, w którym szklanych gablot z napisem „nie dotykać” pilnuje groźnie spoglądająca na intruza-gościa pani z obsługi). W kolorowym pomieszczeniu ze stolikami czekały na dzieci materiały plastyczne, z których można było sklecić swój własny, minimalistyczny, drewniany jachcik. Dżunksa i Gagata wciągnęło. Chwycili za pędzle, farby, młotki, gwoździe i stworzyli przy niewielkiej naszej pomocy takie oto dzieła:

stateczki pm z

Pomysł na łódeczki tak bardzo nam się spodobał, że w sklepie z pamiątkami i marynistycznymi gadżetami kupiliśmy zapasik drewnianych kadłubów do samodzielnego tworzenia jachcików i ich ozdabiania. Druga porcja stateczków była konstruowana i malowana przez Dżunksa, Gagata i ich kuzynów już u babci w ogrodzie. Była frajda!
Dzisiaj jachciki stoją na kuchennym parapecie i przypominaja nam o tej wesołej i pełnej wrażeń wycieczce 🙂

kolaz muzealny 1 zkolaz muzealny 3 zkolaz muzealny 2 zkolaz muzealny 4 zkolaz muzealny 5 zkolaz lodeczkowy 2 zPicMonkey Collage z

Yes Chef!

 

W naszym wewnętrznym, rodzinnym konkursie na największego łasucha, dzieci przyznały mi pierwsze miejsce. Muszę przyznać, że miały rację…, a dodatkowo –  nie przepadam za gotowaniem. Powinnam więc zostać krytykiem kulinarnym? Moje dzieci odwrotnie– lubią gotować, a nie są żarłoczne. Samodzielnie upiekłam aż dwa ciasta w życiu, przepraszam… jedno, ale dwa razy! :-). Zupełnie inaczej niż moje potomstwo, które zna się na zagniataniu, rozbijaniu jajek, dosypywaniu mąki, ważeniu składników na kuchennej wadze, rozdrabnianiu drożdży i innych czarodziejskich czynnościach, które powodują, że w mieszkaniu roznosi się później kuszący zapach wypieków. Przewodnikiem w kuchennych eksperymentach mojej dziatwy jest Sir Mąż i Ojciec. Chyba te kilka ładnych lat temu instynktownie czułam, że trzeba takiego mieć na podorędziu, by ognisko domowe nie wygasło i piekarnik pracował pełną parą ;-)…
Tak więc tatuś dzielnie piecze z dziećmi buły, chleby i bułeczki drożdżowe, faworki, ciasteczka kruche i owsiane, bezy, keksy, torty i szarlotki. Z pewnością zasłużył już na odznaczenie państwowe! Dżunks i Gagat bezkarnie babrają się w mące, mieszają ją z masłem, ugniatają, oblizują upaprane czekoladą palce i łyżki, dobrze się przy tym bawiąc. Ach… móc poprzesypywać trochę mąkę, zrobić z niej górkę, a może wygrzebać tunel… – to moje marzenie z dzieciństwa. Niestety ani jedna babcia ( mistrzyni śmietankowca), ani druga ( geniusz w dziedzinie ciast z wiśniami) nie pozwalały mi na kuchenne eksperymenty i tworzenie piramid z mąki. Moje dzieci mogą się babrać ciastem, ponieważ gotowanie jest u nas w pakiecie ze sprzątaniem, więc czuję spokój i mogę oddawać się przyjemnościom aromaterapii oraz konsumpcji 😉
Jako amatorski krytyk powiem, że to co poniżej wywałkowane, wygniecione, wymieszane, obtoczone i upieczone było naprawdę, ale to naprawdę ABSOLUTELY DELICIOUS! 🙂 – jak mawia Gordon Ramsey.

 

kolaz 5 z kolaz 1 z kolaz 2 z kolaz 3 z kolaz 4 zkolaz 6 z

Dzień Fryderyka i Frycka

 

Jako uczennica Podstawowej Szkoły Muzycznej, byłam często raczona muzyką Fryderyka Chopina, której się wówczas bałam. Kiedy tylko słyszałam charakterystyczne melodie mazurków, etiud czy preludiów – wzdrygałam się na myśl o  wychudzonym, wybiedzonym kompozytorze, który wiecznie tęsknił, smucił się, kaszlał, pluł krwią i … ech, ciężko mu było. Żelazową Wolę – miejsce jego urodzin –  wiązałam z równie przykrymi obrazami. Już same wierzby płaczące – tak charakterystyczne dla tych okolic, uginały swe konary chyba z żalu nad Chopinem. Panowała tam zawsze melancholijna, deszczowa, spowita mgłą aura. Matka i ojciec w progu samotnego domu wciąż czekali na syna. A on na tej Obczyźnie…

Nikt ( na moją zgubę) nie wpadł na pomysł, żeby opowiadać nam o tym, że Chopin był niezłym ancymonem, lwem salonowym przepuszczającym pieniądze na lewo i prawo,  cierpliwym nauczycielem, znakomitym improwizatorem i że znalazł sobie ciekawą, jak na tamte czasy, koleżankę… Mit chorego i złamanego psychicznie Chopina pokutował w mojej głowie nawet gdy byłam w liceum, chociaż wtedy zdążyłam już polubić jego muzykę. Był to czas wielkich emocji ( przeżywanych przez nastolatkę) związanych z Konkursem Chopinowskim. Kochałam się wtedy platonicznie w dwóch niezbyt urodziwych pianistach. Żeby było ciekawiej: Jeden pochodził z Kanady, a drugi z Argentyny. Ale to już inna historia… 🙂

1 czerwca, dwa lata temu – ze strony mojej siostry padła propozycja: A może by tak na imprezę do Żelazowej Woli? Czy ja powinnam serwować dzieciom Chopina na Dzień Dziecka? Czy ja chcę im to robić? – pomyślałam w pierwszej chwili…
Okazało się jednak, że Chopin „nie boli”, że nie straszy dzieci, że Żelazowa Wola to piękne miejsce ( odwiedziłam ją po wielu latach, prawdopodobnie od czasu jakiejś szkolnej wycieczki), że jest tam uroczy i zadbany ogród, a dźwięki kompozycji Chopina w czarodziejski sposób wypływają zza krzaków i drzew nie psując nikomu nastroju. Moje dzieci ani przez chwilę nie pomyślały, że muzyka Pana Fryderyka może być tak bardzo smutna, że tyle w niej żalu i tęsknoty. Nasłuchały się tych walców, nokturnów i ballad w dawce przeogromnej. Na pytanie: Podoba ci się, Dżunks? Usłyszałam: Tak . Bez mrugnięcia okiem:-) A słuchali jej nie tak jak ja – w szkolnej ławie, tylko w otoczeniu klocków Lego, baraszkując w nadmuchanych basenach z piłeczkami, przeżuwając krówki, bawiąc się kolorowymi balonami, malując farbami w plenerze i spacerując z nami po pięknym parku.
W Żelazowej Woli byliśmy z dziećmi również rok temu, właśnie 1 czerwca. W tym roku nie udało nam się tam dotrzeć, ale wspominamy te wyjazdy z uśmiechem na twarzy. Zwłaszcza basen z Lego w którym dzieci bez pomocy dorosłych budowały wieże i piramidy. Fotograficznie podglądałam ich klockowe twory, które mogłyby być inspiracją dla niejednego architekta :-). Zobaczcie co dzieci stworzyły siedząc na kolorowych poduchach w basenie nieczynnej fontanny i …słuchając Chopina 🙂

P.S. Dżunks chce grać na fortepianie… Co to bedzie?! Co to będzie?!!!

chopin 18 z Chopin 1 z chopin 2 z chopin 3 z chopin 4 z chopin 5 z chopin 6 z  chopin 9 z chopin 10 z chopin 11 z chopin 12 z chopin 13 z chopin 14 z chopin 15 z chopin 8 zchopin 17 zchopin 16 z

Chopin Dzunksa

wierzby w Żelazowej Woli 🙂