Category Archives: podróże z dziećmi

Pomysłowy Dobromir part 1.

“Mamo, my nigdzie nie wyjeżdżaliśmy na wakacje!”  – Oburzył się Dżunks, niemiło zaskoczony nadejściem 1 września, przerywającego mu beztroski czas relaksu. Zamiast gadać, ględzić i pouczać, przedstawiłam więc Dżunksowi materiał dowodowy w postaci zdjęć, na których widać jak na dłoni, że z domu się nieco ruszyliśmy. Nie dziwię się jednak jego zarzutom – dzieci miały po prostu ” ręce pełne roboty” i mogły nie zauważyć , że lato ot tak – minęło…Matka kreatywna nawet nie musiała się starać – syn i córa wychodowani na dużej ilości kredek, farb, ciastoliny, papieru kolorowego oraz całej masy przydasiowych gadżetów, sami zapewniali sobie rozrywki. Moja funkcja ograniczyła się do obserwacji jednym okiem. Mam więc po wakacjach bardzo wypoczęte oko drugie.

A oto przegląd dzieciowych pomysłów na zabawy, które świadczą o tym, że wakacje można uznać za udane. Zdjęć jest duuuuuuuuuużo, więc dzielę je na dwie części. Pierwszą można oglądać jednym okiem, a drugą – drugim, nieco później, żeby się nie zmęczyć 😉

Hitem przełomu czerwca i lipca było u Dżunksa i Gagata łażenie po drzewach.  W doborowym towarzystwie zaprawionych w boju: Majki i Grzesia. Gagat tylka raz spadła, ale udało jej się zawisnąć na cienkiej gałązce i szybko wezwać posiłki.

na drzewie

Pomysłowa Majka z pomysłową Gagatką znalazły wspólny język i przeniosły się na parę chwil do Świata królewien i dwórek:

krolwa i dworka kolaz z

Innym razem, w tym samym miłym towarzystwie ( Majka i Grześ), moja dziatwa zajęła się wychrupywaniem dziur w andrutach. Zużyli około 20 okrągłych kawałków i stworzyli m.in. okulary, koło zębate, słońce, oraz wafelkową garderobę składającą się z majtek, spódnicy, butów,  i skarpet.

andruty kolaz z

Majka i Grześ okazali się też wdzięcznymi kompanami podczas prób pisarskich. Na zielonej trawce, pod lipą wręcz, powstały 4 mini książeczki o bardzo atrakcyjnej treści. Z tego co pamiętam, były tam opowieści o najmniejszej i największej dziewczynce na Świecie. Pisarze byli bardzo płodni – zapisywali średnio 2 kartki w 30 sekund, przegryzając w międzyczasie jabłka.

pisanie ksiazeczek kolaz z

W lipcu przenieśliśmy się na inną, również zieloną, a dodatkowo ukwieconą trawkę. Ten dodatek szczególnie przypadł do gustu Gagacie i jej pasją stało się wyrywanie polnych kwiatków. Babcia pozwoliła wyrywać też te ogrodowe, więc był szał i preparowanie kolorowych, pachnących mikstur, urodzinowych tortów i zup kwiatowych, oraz tworzenie bukiecików . Tu pomocny i chętny do pracy okazał się Jaś.

mikstura kolaz z

koszyczki kwiatowe kolaz z

Jako matka ponoć kreatywna, nie chciałam się zanadto narzucać ze swoimi wszędobylskimi kredkami i farbami i pozwolić dzieciom wybiegać się do woli, po łąkach, kniejach i borach. Ku mojemu zdziwieniu, zapragnęli jednak realizować się artystycznie również podczas wakacji i gdzie tylko mogli zostawiali ślady swojej twórczej bytności:

malunki kolaz zukladanki kasztanowe i kulkowe kolaz z

Pomysłowy Dobromir. Part 2. Dla wytrwałych 🙂

 Kiedy przyjechaliśmy na czwartą z kolei zieloną trawkę, dzieci powiedziały “dość” świeżemu powietrzu, przyrodzie, kwiatkom i ptaszkom – wsiadły do samochodu i zatrzasnęły za sobą drzwi. A ponieważ miały dobre towarzystwo – siedziały w tym samochodzie kilka godzin z przerwami na najpotrzebniejsze sprawunki i spełnianie zachcianek mamy, bo np. obiad trzeba było zjeść… Co tam w środku tego pudła na kółkach działo się przez ten długi czas – nie sposób spisać. Zresztą, nawet do końca nie wiem, podglądałam je wtedy znad książki. Wybiórcze zdjęcie, zrobione w wybranym momencie mówi mi, że samochód służył na przykład za szpital:

szpital na kolkach kolaz z

Był też czas na kreatywne budowle z ulubionych klocków. Nie nadążałam z obstrykiwaniem miasteczek lego, ale sfotografowałam inne: Basen ze zjeżdżalniami i brodzikiem dla piesków zrobiony z plusikowych klocków ( Zwróćcie uwagę na pływaków, elegancko podnoszących odnóża podczas pływania na plecach) oraz seria ptaków, zbudowanych z klocków o nieznanej mi nazwie. Ptak Gagaty był oswojony i siadał jej na ramieniu, a Dżunksowy wyjadał bób z ust właściciela. Rysunek przedstawia natomiast instrukcję : “Jak zbudować pająka z klocków lego”.

basen pop z

klocki kolaz z

Zwierzątka to ulubiony motyw w zabawach moich dzieci,  dlatego były pod dużym wrażeniem, kiedy zobaczyły, jak dwie nieznane im dziewczynki budują z kamyków domek dla piesków i kotków. Na zdjęciu poniżej jest mieszkanko z sypialnią i kamiennym łóżkiem dla zwierzaków. Na wyposażeniu były nawet poduszki. Nieco twarde, ale pomysłowe 😉 Zainspirowana Gagata natychmiast musiała stworzyć własne mini kotki, a użyła do tego woskowej skórki po serze.

kotki kolaz z

Bywały w wakacje również przerwy na przepakowanie się, więc między jedną, a drugą zielona trawką lądowaliśmy na chwilę w domu. Czy dzieci się wtedy nudziły? Podobno robią to tylko podczas deszczu, a lato było w tym roku całkiem całkiem 😉 Oto już ostatnie fotograficzne wspomnienia moich Pomysłowych Dobromirów. Może nie najwyższych lotów 😉 ale co tam, właśnie takie wywołują u nich największy uśmiech na twarzy 😀

1. “Mamo, przeczytaj mi to słowo”. 2. Sanie św. Mikołaja ( co z tego, że w sierpniu?) 3.  Lemoniadki, koktajle ( musieliśmy z ojcem wypić, choć nie były to rozkosze podniebienia) 4. Turbo soczek

pomysly  nr 2 pop z1. koronacja kota Białki ( na głowę wkładano flagę polską + zegarek) 2. uśmiechnięty kubek. 3. dziwna wysypka. 4. domek z papieru toaletowego. 5. motor z przyczepką (zrobiony z deski do prasowania). 6. kotki z rolek po ręcznikach papierowych.

pomysly kolaz z

 

 

No to cóż że ze Szwecji?

 

Gdy nadchodzą upały w mieście, gęstnieją spaliny samochodowe a rozgrzany beton … daje popalić – nachodzą człowieka natrętne myśli o morskiej bryzie, wilgotnym piaseczku, o rozłożeniu ciałka na plażowym kocyku i chłonięciu bezkresu. Chwyta się wtedy za telefon i rezerwuje pobyt nad Bałtykiem ( bądź innym akwenem). Tak było u nas 2 lata temu, rok temu i będzie również w 2014. W planach jest zazwyczaj wylegiwanie się do południa, potem przejażdżka rowerem na plażę ( 7 kilometrów przez piękny las), potem rybka smażona i temu podobne atrakcje, wieczory przy dźwiękach świerszczy…marzenia snują się … A kończy się zawsze tak samo: Do południa nie poleżymy – bo dzieci już coś kombinują, na plażę tak szybko nie docieramy, bo trzeba te rowery sklecić i piętrowo popakować, żeby udźwignęły Gagata, namiot, karimaty, kocyki, łopatki, wiaderka, wodę do picia na drogę, ręczniki, kostimy kąpielowe, ciuchy na zmianę, kurtki przeciwdeszczowe ( bo pogoda zmienna) i uwierzcie – jeszcze kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Zanim nasze stopy dotkną plażowego piachu – już czas na obiad. Dżunks już zmęczony, Gagat senna, trzeba się czasem wrócić po zgubione w lesie klamoty… Godzina 17 – wreszcie docieramy i ..jest pięknie! Nie wiedzieć czemu po trzech dniach napawania się urokami wybrzeża – zaczyna nas nosić. Niech tam będzie, że nosi głównie mnie. Ale rodzina nie protestuje, więc po trzech dniach plażowania mamy dosyć, wsiadamy do samochodu i prujemy zwiedzać wszystko co w promieniu 60 kilometrów od bazy. W zeszłym roku były to okolice Łeby. Trafiliśmy nawet na ciekawostkę w postaci labiryntu z kukurydzy, w którym naprawdę można się zgubić. Jak już odhaczyliśmy tereny na wschód, zachód i południe – została nam północ. Tak się rozpędziliśmy, że wsiedliśmy …na prom do Szwecji! Trafiła nam się jednodniowa wycieczka last minute do Karlskrony i dwie noce na pokładzie statku. Ten wyjazd pamiętamy do dziś i wspominamy z ogromnym sentymentem. Wyprawa, która dostarczyła emocji nie tylko dzieciom, ale również nam. Myśleliśmy, że na młodych największe wrażenie zrobi port w Gdyni, ogromne maszyny i kontenery tam stacjonujące, wzburzone gigantycznymi silnikami fale morskie, głośny dźwięk syren, potęga tego wszystkiego dookoła. A tymczasem pisk szczęścia wywołały: baloniki z Ciekawskim Georgem, piętrowe łóżka w kajucie, dyskoteka dla dzieci oraz możliwość nalewania sobie soczku jabłkowego z samoobsługowej maszyny z kranikiem. Tak, czy inaczej podekscytowani płynęliśmy do Karlskrony, gdzie czekać na nas miały dalsze atrakcje. Powitał nas za to ulewny deszcz, a ponieważ pora była zbyt wczesna na przechowanie się choćby w galerii handlowej – nie mieliśmy wyboru i czekaliśmy na przystanku autobusowym na otwarcie pierwszego Mc Donalda – jedynego miejsca w całym mieście, w którym mogliśmy w spokoju przeczekać deszcz. Szwecja na szczęście okazała się być gościnnym państwem i chmury odegnała już godzinę po naszym skandynawskim, frytkowo-hamburgerowym śniadanku. W Mc Donaldzie zasięgnęliśmy języka co do turystycznych atrakcji miasta i pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Muzeum Morskiego mieszczącego się tuż przy wybrzeżu. Już z daleka widać było przycumowane przy sporym budynku Marinmuseum stateczki wojskowe sprzed lat, na których pokład można wejść po schodkach lub drabinie, pooglądać kajuty, przyjrzeć się kokpitom kapitańskim, dowiedzieć się jak marynarze spali, gdzie jedli, czym się zajmowali. W podziemiach Muzeum przez wąski korytarz przechodzi się do zatopionego wraku statku, a przez jego okna widać eksponaty archeologiczne i ryby. Z ciekawostek, przy których zatrzymywały się dzieciaki, pamiętam werbel wojskowego muzyka, na którym co chwila jakiś maluch wygrywał swoje rytmy, sporą kolekcję marynarskich kamaszy, które to buciory każdy mógł sobie przymierzyć , piękne, szczegółowe makiety statków i przeróżne interaktywne gry i zabawy dla dzieci dotyczące np. nawigacji . Dżunksa zachwycił muzealny gadżet w postaci elektronicznego przewodnika ze słuchawkami, dzięki któremu mógł zapoznać się z informacjami dotyczącymi eksponatów, przyciskając czujnik do czytnika w ścianie. Chodził więc z tymi słuchawkami po całym muzeum, niewiele rozumiejąc z nagrania, ale maszyna robiąca „ping” dostarczyła mu tak dużo radości, że nie śmiałam mu jej odbierać. Trafiliśmy też do sali, w której często odbywają się warsztaty dla dzieci ( bo jak przystało na nowoczesne muzeum – nie jest to miejsce, w którym szklanych gablot z napisem „nie dotykać” pilnuje groźnie spoglądająca na intruza-gościa pani z obsługi). W kolorowym pomieszczeniu ze stolikami czekały na dzieci materiały plastyczne, z których można było sklecić swój własny, minimalistyczny, drewniany jachcik. Dżunksa i Gagata wciągnęło. Chwycili za pędzle, farby, młotki, gwoździe i stworzyli przy niewielkiej naszej pomocy takie oto dzieła:

stateczki pm z

Pomysł na łódeczki tak bardzo nam się spodobał, że w sklepie z pamiątkami i marynistycznymi gadżetami kupiliśmy zapasik drewnianych kadłubów do samodzielnego tworzenia jachcików i ich ozdabiania. Druga porcja stateczków była konstruowana i malowana przez Dżunksa, Gagata i ich kuzynów już u babci w ogrodzie. Była frajda!
Dzisiaj jachciki stoją na kuchennym parapecie i przypominaja nam o tej wesołej i pełnej wrażeń wycieczce 🙂

kolaz muzealny 1 zkolaz muzealny 3 zkolaz muzealny 2 zkolaz muzealny 4 zkolaz muzealny 5 zkolaz lodeczkowy 2 zPicMonkey Collage z