Category Archives: zetpety

Alternatywy 4

Kto pamięta betonowe osiedle z lat 80-tych i szary blok, przy ulicy Alternatywy 4, w którym mieszkało wiele kolorowych postaci? Sąsiadów tworzących wspólnotę mieszkaniową, walczących z cieknącymi kranami, prusakami, hałasem, z gospodarzem, fachowcami i innymi przeszkodami natury ludzkiej i technicznej, które nie dawały człowiekowi spokojnie żyć. Czasy się zmieniły, choć większość z nas, mieszczuchów, nadal mieszka w blokach z dziesiątkami, a nawet setkami sąsiadów za ścianą. Dla jednych jest to nie do zniesienia ( choć dziwi mnie, że nie podejmują próby przeprowadzenia się w rejony mniej zaludnione), innym wszystko jedno ( co widać najczęściej w windzie, gdy nasz sąsiad wpatrzony jest w czubki swoich butów i za zbędny wysiłek uznaje zwykłe „dzień dobry”), a jeszcze inni, tak jak to było na Alternatywy 4 – są bardzo zaangażowani i działający.

O naszej wspólnocie sąsiedzkiej można by napisać pracę magisterską na wydziale socjologii. Żyjemy mniej-więcej w tym samym składzie, w jednym niewielkim budynku, już od 10 lat. Znamy się dość dobrze i bardzo lubimy. Obchodziliśmy już niejedne urodziny, imieniny i Sylwestry razem, pożyczamy od siebie proszki do prania, mąkę, cukier, mleko, oliwę, przyprawy, odkurzacze, młotki, wiertarki, pieluchy i wiele innych rzeczy potrzebnych „ na już”, opiekujemy się (w małym wymiarze czasowym) dziećmi, kotami, dajemy korepetycje, udzielamy porad lekarskich, świadczymy usługi  hydrauliczne, informatyczne, oddajemy sobie nieużywane ciuchy… W zasadzie – jesteśmy samowystarczalni ;-)W naszym bloku mieszkają muzycy ( to my :-)), ale też: lekarz, ratownik medyczny, żołnierz, ze 3 nauczycielki, twórca, przewoźnik, trener tajskiego boksu zwany architektem, specjalistka od leasingu, pracownica firmy farmaceutycznej i inni niewiemcorobiący w biurach ludzie, oraz spora gromadka dzieci. Mieliśmy okazję wychodować na naszym sąsiedzkim łonie parę ( panna spod 5 i kawaler spod 17:-)), która spotykała się na naszych imprezach tak ochoczo, że poskutkowało to zawiązaniem węzłów małżeńskich. Nie bez znaczenia był fakt, że warunki do rozwoju ich znajomości stworzyliśmy im komfortowe ;-). Jeśli ktoś ma ochotę mieszkać w tak sympatycznym miejscu – dajcie mi znać: Sąsiad właśnie sprzedaje mieszkanie 🙂

Nasze dzieci wychowują się w dobrosąsiedzkiej atmosferze i do wielu naszych ziomków zwracają się per wujku lub ciociu. Poniżej Dżunksowa i Gagatowa interpretacja tematu: „Osiedle mieszkaniowe”, z bogactwem sąsiedzkich osobistości: Od rodzin z dziećmi, urokliwych panien pielęgnujących kwiatki w doniczkach i hodowców zwierząt po dziwolągi z krainy Chima ( dlaczego nie miałyby mieszkać w apartamentowcach?). Niektóre okna przysłonięte są kolorowymi roletami. Pustostanów nie ma 🙂
Do stworzenia domków użyliśmy takich tekturowych resztek-okienek po jakiejś grze planszowej. Reszta to wzorzysty papier, rysunki oraz przeróżne ozdoby. Acha – i trochę filcu na drzewka i chmurki.

 kolaz z domkow 6 zkolaz z domkow 1 zkolaz z domkow 3 zkolaz z domkow 4 zkolaz z domkow 2 zkolaz z domkow 5 zkolaz z domkow 7 z

No to cóż że ze Szwecji?

 

Gdy nadchodzą upały w mieście, gęstnieją spaliny samochodowe a rozgrzany beton … daje popalić – nachodzą człowieka natrętne myśli o morskiej bryzie, wilgotnym piaseczku, o rozłożeniu ciałka na plażowym kocyku i chłonięciu bezkresu. Chwyta się wtedy za telefon i rezerwuje pobyt nad Bałtykiem ( bądź innym akwenem). Tak było u nas 2 lata temu, rok temu i będzie również w 2014. W planach jest zazwyczaj wylegiwanie się do południa, potem przejażdżka rowerem na plażę ( 7 kilometrów przez piękny las), potem rybka smażona i temu podobne atrakcje, wieczory przy dźwiękach świerszczy…marzenia snują się … A kończy się zawsze tak samo: Do południa nie poleżymy – bo dzieci już coś kombinują, na plażę tak szybko nie docieramy, bo trzeba te rowery sklecić i piętrowo popakować, żeby udźwignęły Gagata, namiot, karimaty, kocyki, łopatki, wiaderka, wodę do picia na drogę, ręczniki, kostimy kąpielowe, ciuchy na zmianę, kurtki przeciwdeszczowe ( bo pogoda zmienna) i uwierzcie – jeszcze kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Zanim nasze stopy dotkną plażowego piachu – już czas na obiad. Dżunks już zmęczony, Gagat senna, trzeba się czasem wrócić po zgubione w lesie klamoty… Godzina 17 – wreszcie docieramy i ..jest pięknie! Nie wiedzieć czemu po trzech dniach napawania się urokami wybrzeża – zaczyna nas nosić. Niech tam będzie, że nosi głównie mnie. Ale rodzina nie protestuje, więc po trzech dniach plażowania mamy dosyć, wsiadamy do samochodu i prujemy zwiedzać wszystko co w promieniu 60 kilometrów od bazy. W zeszłym roku były to okolice Łeby. Trafiliśmy nawet na ciekawostkę w postaci labiryntu z kukurydzy, w którym naprawdę można się zgubić. Jak już odhaczyliśmy tereny na wschód, zachód i południe – została nam północ. Tak się rozpędziliśmy, że wsiedliśmy …na prom do Szwecji! Trafiła nam się jednodniowa wycieczka last minute do Karlskrony i dwie noce na pokładzie statku. Ten wyjazd pamiętamy do dziś i wspominamy z ogromnym sentymentem. Wyprawa, która dostarczyła emocji nie tylko dzieciom, ale również nam. Myśleliśmy, że na młodych największe wrażenie zrobi port w Gdyni, ogromne maszyny i kontenery tam stacjonujące, wzburzone gigantycznymi silnikami fale morskie, głośny dźwięk syren, potęga tego wszystkiego dookoła. A tymczasem pisk szczęścia wywołały: baloniki z Ciekawskim Georgem, piętrowe łóżka w kajucie, dyskoteka dla dzieci oraz możliwość nalewania sobie soczku jabłkowego z samoobsługowej maszyny z kranikiem. Tak, czy inaczej podekscytowani płynęliśmy do Karlskrony, gdzie czekać na nas miały dalsze atrakcje. Powitał nas za to ulewny deszcz, a ponieważ pora była zbyt wczesna na przechowanie się choćby w galerii handlowej – nie mieliśmy wyboru i czekaliśmy na przystanku autobusowym na otwarcie pierwszego Mc Donalda – jedynego miejsca w całym mieście, w którym mogliśmy w spokoju przeczekać deszcz. Szwecja na szczęście okazała się być gościnnym państwem i chmury odegnała już godzinę po naszym skandynawskim, frytkowo-hamburgerowym śniadanku. W Mc Donaldzie zasięgnęliśmy języka co do turystycznych atrakcji miasta i pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Muzeum Morskiego mieszczącego się tuż przy wybrzeżu. Już z daleka widać było przycumowane przy sporym budynku Marinmuseum stateczki wojskowe sprzed lat, na których pokład można wejść po schodkach lub drabinie, pooglądać kajuty, przyjrzeć się kokpitom kapitańskim, dowiedzieć się jak marynarze spali, gdzie jedli, czym się zajmowali. W podziemiach Muzeum przez wąski korytarz przechodzi się do zatopionego wraku statku, a przez jego okna widać eksponaty archeologiczne i ryby. Z ciekawostek, przy których zatrzymywały się dzieciaki, pamiętam werbel wojskowego muzyka, na którym co chwila jakiś maluch wygrywał swoje rytmy, sporą kolekcję marynarskich kamaszy, które to buciory każdy mógł sobie przymierzyć , piękne, szczegółowe makiety statków i przeróżne interaktywne gry i zabawy dla dzieci dotyczące np. nawigacji . Dżunksa zachwycił muzealny gadżet w postaci elektronicznego przewodnika ze słuchawkami, dzięki któremu mógł zapoznać się z informacjami dotyczącymi eksponatów, przyciskając czujnik do czytnika w ścianie. Chodził więc z tymi słuchawkami po całym muzeum, niewiele rozumiejąc z nagrania, ale maszyna robiąca „ping” dostarczyła mu tak dużo radości, że nie śmiałam mu jej odbierać. Trafiliśmy też do sali, w której często odbywają się warsztaty dla dzieci ( bo jak przystało na nowoczesne muzeum – nie jest to miejsce, w którym szklanych gablot z napisem „nie dotykać” pilnuje groźnie spoglądająca na intruza-gościa pani z obsługi). W kolorowym pomieszczeniu ze stolikami czekały na dzieci materiały plastyczne, z których można było sklecić swój własny, minimalistyczny, drewniany jachcik. Dżunksa i Gagata wciągnęło. Chwycili za pędzle, farby, młotki, gwoździe i stworzyli przy niewielkiej naszej pomocy takie oto dzieła:

stateczki pm z

Pomysł na łódeczki tak bardzo nam się spodobał, że w sklepie z pamiątkami i marynistycznymi gadżetami kupiliśmy zapasik drewnianych kadłubów do samodzielnego tworzenia jachcików i ich ozdabiania. Druga porcja stateczków była konstruowana i malowana przez Dżunksa, Gagata i ich kuzynów już u babci w ogrodzie. Była frajda!
Dzisiaj jachciki stoją na kuchennym parapecie i przypominaja nam o tej wesołej i pełnej wrażeń wycieczce 🙂

kolaz muzealny 1 zkolaz muzealny 3 zkolaz muzealny 2 zkolaz muzealny 4 zkolaz muzealny 5 zkolaz lodeczkowy 2 zPicMonkey Collage z

siła przyciągania

 

W domu, w którym są dzieci, najczęściej jest też lodówka z funkcją galerii. U nas – zabudowana i chyba za mała jak na potrzeby naszych artystów. Za to drzwi wejściowe doskonale sprawdzają się w roli dziecięcego walla.

drzwi z

Dżunks i Gagat sami organizują swoją artystyczną przestrzeń do poziomu mniej więcej 120 cm nad podłogą. Jak tylko stworzą coś nowego, od razu aktualizują swoją wystawę i przyPINają obrazki magnesami. Mają ich małą kolekcję – trochę od Sasa do lasa i ciągle ich brakuje.

stare magnesy
Zrobiliśmy więc nowe magnesy, sami. Najpierw powstały projekty : Dżunks narysował Muminka, Tatę Muminka, Włóczykija, Hatifnata ( ostatnio Muminki są u nas na topie), samochód i samolot, a Gagat kota, królewnę oraz zestaw korali z kolczykami ( jak na nią to duuuuużo). Strzeliła przy okazji focha( małego), bo Dżunks miał więcej obrazków. Próbowałam tłumaczyć, że niektórzy artyści są mniej płodni, co nie oznacza – gorsi :-)Proponowałam dorysowanie czegoś, ale nie podchwyciła pomysłu, więc Naczelny Bibliotekarz odnalazł w zasobach rodzinnych rysunek jeszcze jednego kota Gagaty, sprzed roku i uśmiech na twarz dziecka powrócił. Zrobiliśmy próbę – okazało się, że rysunki rozmazują się po nałożeniu kleju, więc dla ocalenia wiekopomnych i niepowtarzalnych dzieł – zeskanowałam je i wydrukowałam w odpowiednim rozmiarze, niektóre nawet z jednobarwnym tłem w pakiecie. Dzieci dostały więc kwadratowe tekturki, wydruk rysunków, magnesy oraz szkiełka. Teraz dla nich sprawa była prosta – trzeba posklejać. Siedzieli skupieni składając swoje „kanapki” i właściwie to przecież tak niewiele, a radość z zabawy była ogromna.

praca wre z Gagat uklada z
Dżunks z dumą i przejęciem tłumaczył wszystkim ( odwiedzającym)konstrukcję swoich małych arcydziełek i sam nie mógł się długo nadziwić :-). Kilka magnetycznych krążków zostawiliśmy  do zabawy i do kilku małych eksperymentów: było odpychanie, przyciąganie, robienie pierścieni, które nie zsuwają się z palców i taniec magnesów. Zabawa pewnie  trwałaby bez końca, ale trzeba było iść spać.

pierscionek magnesowy z zabawa magnesami z magnes na palcu z przyciaganie odpychanie z
A to już efekt końcowy –  nasze magnetyczne dekoracje:

magnesy 2 z magnesy 4 z magnesy z tata Muminka z tecza z

Dżunks i Gagata z Nibylandii

Dzień Morza już minął, o rybaku i złotej rybce ostatnio nie wspominałam, a lalka-syrenka została odłożona na półkę, bo już się znudziła. Co też nas skłoniło do zabaw o tematyce oceaniczno-podwodnej? Chyba te piękne meduzy, które wyszperałam w internecie: http://www.scrapbooksetc.com/blogs/iscrapuscrap/2011/06/15/how-to-make-your-own-jellyfish/

Postanowiliśmy stworzyć podobne:


A może to ja postanowiłam, ponieważ  dzieci,  po mechanicznym odmalowaniu meduzich odwłoków i zakręceniu kilku macek, poniosła fantazja  i zabrała w inne „artystyczne” rejony. Prace plastyczne tego wieczoru  – to było dla nich za mało. Odnaleźli się w innej formie. Co mieli na myśli tworząc ten „performance”? – tego nawet matka nie wie ( a niby te geny… )
A może ( zgaduję) dali mi do zrozumienia, że powinnam z nimi częściej na dwór wychodzić?

 
Oto jak meduzie macki uczepiły się Dżunksa i Gagata. Póżniej było już naprawdę groźnie, bo chyba wpadli w sieć?
Osoby o słabszych nerwach uspokoję: Odpowiednie służby przybrzeżne czuwały nad bezpieczeństwem tej  „zakręconej” dwójki 😉

PicMonkey Collage - sznurki zAhoj!

bąbelki zaczerpnęłam wiadrem ze strony: http://bale.deviantart.com/art/Underwater-Bubbles-58336446

 

 

 

automat na kartę

Ach ta ciocia Ola! Nie dość, że się pobawi, to jeszcze przywiezie m&msy. Towar reglamentowany! Garściami nie można sobie ich aplikować, o nie! Trzeba więc zbudować maszynę, która wydzieli odpowiednią porcję, będzie dawkować, a na dodatek – jeśli ktoś nie posiada karty bankomatowej, to m&msów nie dostanie.

Uważamy, że nasza maszyna powinna dostać order uśmiechu za wywoływanie wesołości.
Każdy, komu Dżunks i Gagat zaaplikowali m&msy  z automatu prosto do buzi, śmiał się przynajmniej 5 sekund.    
Przetestowano mamę, tatę, ciocię, babcię,sąsiadów i gości.

Oto prosty w konstrukcji, jak budowa cepa, automat do wydawania m&msów. Na kartę. Postaramy się, żeby kolejny model upgradować tak, żeby tych kart nie połykał.

georgomat na kartę z georgomat z napisami z georgomat konstrukcja z

 m7ms

 to nie jest reklama 😉

pianki, żelki i kotlety

Przyzwoita Matka Polka idąc na zakupy do siatek wkłada: kawał mięcha na kotlety – żeby dziatwa krzepę miała, jabłuszka – bo to samo zdrowie, włoszczyznę na pomidorówkę- bo wiadomo, że wessają w całości, nowe skarpetki –  bo dziatwa znowu wyrosła, rękawiczki – bo znowu zgubili, syropek na odporność – bo znowu kaszlą. A ja co? Wchodzę „przypadkowo” do pewnego sklepu i kupuję dzieciom… kolorowe patyczki(?!). Cóż: Na obiad szału nie będzie, ale za to zabawa się szykuje przednia!:-)

 A więc najpierw kupiłam te patyczki, a potem zaczęłam się zastanawiać „po co mi to”? Powtykać by je trzeba w coś… Chodzę po mieszkaniu i szukam bazy: styropianu nie zniosę, ale za to mam pianki! Dzieci dostały przecież 2 paczki słodkości od którejś cioci. Świetnie! Przedstawiam pomysł Dżunksowi, a on przytomnie: „Mamo, ale przecież to jest jedzenie! Nie wolno się bawić jedzeniem!” ( ciekawe kto go tak wyszkolił?) Wyjaśniłam, że takie artykuły są-  jak to mój kolega kiedyś  trafnie określił- produktem ubocznym Fabryki Opon w Dębicy i ze spokojnym sumieniem możemy się nimi bawić. Gagat była zachwycona, bo bardzo ładnie pachniały. Wzięliśmy się więc do kreatywnej pracy i z patyczków i pianek powstały:
-kozy,
-lampa
-„ćwiczenia” dla koni ( zwłaszcza Rainbow Dash musiała poćwiczyć. Otyła jakaś czy co?)
-pufy (tu nawet bez patyczków się obyło)
– pociąg
– kierownica
-hantle do ćwiczeń fitness
-tort
– szaszłyki
-dżdżownica
i nne twory (nie wszystkie na zdjęciach)

zestaw pianek z2 kozy zkierownica Gagaty zpociąg z pianek zpiankowy stol rozmaitosci zkoza 1 z

Później wykorzystaliśmy patyczki inaczej: Przyklejali je do tektury tworząc labirynt dla robali. Gagat nakleiła parę żelków na papier, żeby styrane poszukiwaniem wyjścia robale mogły sobie nieco podjeść i kilka skarbów dla ogólnej radości, a Dżunks na końcu trasy umieścił miękką poduszkę i złożył na niej klucz do tajemnych drzwi.

labirynt Dzunksa zlabirynt Gagatki zprzyklejanie labiryntu z

A wspomniane kotlety dzieci utłukły same. Była to wyjątkowo nieekologiczna wersja, wykonana z folii aluminiowej.

kotlety 2 z

🙂