No to cóż że ze Szwecji?

 

Gdy nadchodzą upały w mieście, gęstnieją spaliny samochodowe a rozgrzany beton … daje popalić – nachodzą człowieka natrętne myśli o morskiej bryzie, wilgotnym piaseczku, o rozłożeniu ciałka na plażowym kocyku i chłonięciu bezkresu. Chwyta się wtedy za telefon i rezerwuje pobyt nad Bałtykiem ( bądź innym akwenem). Tak było u nas 2 lata temu, rok temu i będzie również w 2014. W planach jest zazwyczaj wylegiwanie się do południa, potem przejażdżka rowerem na plażę ( 7 kilometrów przez piękny las), potem rybka smażona i temu podobne atrakcje, wieczory przy dźwiękach świerszczy…marzenia snują się … A kończy się zawsze tak samo: Do południa nie poleżymy – bo dzieci już coś kombinują, na plażę tak szybko nie docieramy, bo trzeba te rowery sklecić i piętrowo popakować, żeby udźwignęły Gagata, namiot, karimaty, kocyki, łopatki, wiaderka, wodę do picia na drogę, ręczniki, kostimy kąpielowe, ciuchy na zmianę, kurtki przeciwdeszczowe ( bo pogoda zmienna) i uwierzcie – jeszcze kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Zanim nasze stopy dotkną plażowego piachu – już czas na obiad. Dżunks już zmęczony, Gagat senna, trzeba się czasem wrócić po zgubione w lesie klamoty… Godzina 17 – wreszcie docieramy i ..jest pięknie! Nie wiedzieć czemu po trzech dniach napawania się urokami wybrzeża – zaczyna nas nosić. Niech tam będzie, że nosi głównie mnie. Ale rodzina nie protestuje, więc po trzech dniach plażowania mamy dosyć, wsiadamy do samochodu i prujemy zwiedzać wszystko co w promieniu 60 kilometrów od bazy. W zeszłym roku były to okolice Łeby. Trafiliśmy nawet na ciekawostkę w postaci labiryntu z kukurydzy, w którym naprawdę można się zgubić. Jak już odhaczyliśmy tereny na wschód, zachód i południe – została nam północ. Tak się rozpędziliśmy, że wsiedliśmy …na prom do Szwecji! Trafiła nam się jednodniowa wycieczka last minute do Karlskrony i dwie noce na pokładzie statku. Ten wyjazd pamiętamy do dziś i wspominamy z ogromnym sentymentem. Wyprawa, która dostarczyła emocji nie tylko dzieciom, ale również nam. Myśleliśmy, że na młodych największe wrażenie zrobi port w Gdyni, ogromne maszyny i kontenery tam stacjonujące, wzburzone gigantycznymi silnikami fale morskie, głośny dźwięk syren, potęga tego wszystkiego dookoła. A tymczasem pisk szczęścia wywołały: baloniki z Ciekawskim Georgem, piętrowe łóżka w kajucie, dyskoteka dla dzieci oraz możliwość nalewania sobie soczku jabłkowego z samoobsługowej maszyny z kranikiem. Tak, czy inaczej podekscytowani płynęliśmy do Karlskrony, gdzie czekać na nas miały dalsze atrakcje. Powitał nas za to ulewny deszcz, a ponieważ pora była zbyt wczesna na przechowanie się choćby w galerii handlowej – nie mieliśmy wyboru i czekaliśmy na przystanku autobusowym na otwarcie pierwszego Mc Donalda – jedynego miejsca w całym mieście, w którym mogliśmy w spokoju przeczekać deszcz. Szwecja na szczęście okazała się być gościnnym państwem i chmury odegnała już godzinę po naszym skandynawskim, frytkowo-hamburgerowym śniadanku. W Mc Donaldzie zasięgnęliśmy języka co do turystycznych atrakcji miasta i pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Muzeum Morskiego mieszczącego się tuż przy wybrzeżu. Już z daleka widać było przycumowane przy sporym budynku Marinmuseum stateczki wojskowe sprzed lat, na których pokład można wejść po schodkach lub drabinie, pooglądać kajuty, przyjrzeć się kokpitom kapitańskim, dowiedzieć się jak marynarze spali, gdzie jedli, czym się zajmowali. W podziemiach Muzeum przez wąski korytarz przechodzi się do zatopionego wraku statku, a przez jego okna widać eksponaty archeologiczne i ryby. Z ciekawostek, przy których zatrzymywały się dzieciaki, pamiętam werbel wojskowego muzyka, na którym co chwila jakiś maluch wygrywał swoje rytmy, sporą kolekcję marynarskich kamaszy, które to buciory każdy mógł sobie przymierzyć , piękne, szczegółowe makiety statków i przeróżne interaktywne gry i zabawy dla dzieci dotyczące np. nawigacji . Dżunksa zachwycił muzealny gadżet w postaci elektronicznego przewodnika ze słuchawkami, dzięki któremu mógł zapoznać się z informacjami dotyczącymi eksponatów, przyciskając czujnik do czytnika w ścianie. Chodził więc z tymi słuchawkami po całym muzeum, niewiele rozumiejąc z nagrania, ale maszyna robiąca „ping” dostarczyła mu tak dużo radości, że nie śmiałam mu jej odbierać. Trafiliśmy też do sali, w której często odbywają się warsztaty dla dzieci ( bo jak przystało na nowoczesne muzeum – nie jest to miejsce, w którym szklanych gablot z napisem „nie dotykać” pilnuje groźnie spoglądająca na intruza-gościa pani z obsługi). W kolorowym pomieszczeniu ze stolikami czekały na dzieci materiały plastyczne, z których można było sklecić swój własny, minimalistyczny, drewniany jachcik. Dżunksa i Gagata wciągnęło. Chwycili za pędzle, farby, młotki, gwoździe i stworzyli przy niewielkiej naszej pomocy takie oto dzieła:

stateczki pm z

Pomysł na łódeczki tak bardzo nam się spodobał, że w sklepie z pamiątkami i marynistycznymi gadżetami kupiliśmy zapasik drewnianych kadłubów do samodzielnego tworzenia jachcików i ich ozdabiania. Druga porcja stateczków była konstruowana i malowana przez Dżunksa, Gagata i ich kuzynów już u babci w ogrodzie. Była frajda!
Dzisiaj jachciki stoją na kuchennym parapecie i przypominaja nam o tej wesołej i pełnej wrażeń wycieczce 🙂

kolaz muzealny 1 zkolaz muzealny 3 zkolaz muzealny 2 zkolaz muzealny 4 zkolaz muzealny 5 zkolaz lodeczkowy 2 zPicMonkey Collage z